Gesty Jana Pawła II
Dane szczegółowe:
- Oprawa twarda
- Wydawca ZNAK
- Rok wydania 2006
- Liczba stron 106
- Wymiar [mm] 130x200
- EAN 9788324007479
- ISBN 83-240-0747-4
- Data 2006-11-10
- ID 36220
Książka chwilowo niedostępna
Zbiór tekstów publikowanych w "Tygodniku Powszechnym”, w których Janusz Poniewierski analizuje tym razem nie słowa, ale gesty i zachowania Jana Pawła II. Uwiecznione na tysiącach zdjęć, są świadectwem Jego świętości i znakiem Bożej obecności równie wymownym jak to, co mówił i pisał. Liczne zdjęcia zamieszczone w książce pomogą zapamiętać zarówno gesty wszystkim dobrze znane, jak i te rzadziej przypominane.
FRAGMENT:
Machnięcie ręką
16 czerwca 1999 roku – dzień po chorobie, z powodu której zastanawiano się nawet nad przerwaniem pielgrzymki do Polski – Jan Paweł II odwiedził rodzinne Wadowice. Była to wizyta inna niż pozostałe. Na chwilę zapomniano o kolejnych punktach programu, a Ojciec Święty snuł wzruszającą opowieść o swojej "małej ojczyźnie”: o ludziach, których tu spotkał, o przyrodzie i o kulturze... O tym, co go ukształtowało. Był wtedy – widzieliśmy to na własne oczy – naprawdę szczęśliwy. A nam "serca pałały” – i rodziła się między nami jakaś nowa więź... I zaczynaliśmy, być może, pojmować, co miał na myśli biblijny autor, kiedy pisał o dniach stworzenia: "I widział Bóg, że było dobre...”.
Ale czas gonił i ludzie odpowiedzialni za harmonogram pielgrzymki usiłowali przerwać ów serdeczny dialog Ojca z mieszkańcami Wadowic i z nami wszystkimi. Tak jakby nie do końca rozumieli, o czym on mówi. Jakby myśleli: "To przecież nic ważnego! Ot, takie wspominki starszego człowieka. A tu czekają rzeczy naprawdę ważne! Na przykład koronacja obrazu...”.
Nigdy nie zapomnę tamtego machnięcia ręką, kiedy jeden z księży przerwał w końcu Papieżowi, żeby kontynuować celebrę. W tym momencie – jestem o tym przekonany – byliśmy świadkami zderzenia dwóch różnych modeli religijności. W jednym z nich chrześcijaństwo oznacza moje "dzisiaj” ("tu i teraz”), o którym mówię Bogu i w którym towarzyszy mi Chrystus; w drugim – chodzi przede wszystkim o rytuał.
Wtedy, w Wadowicach, na chwilę ukazała się nam inna twarz życia wewnętrznego, zbyt często kojarzonego z nudą takich czy innych nabożeństw. Była to twarz szczęśliwego człowieka, który kocha ludzi i świat i kocha życie w jego konkrecie. W tym momencie ujrzałem "jakby w zwierciadle, niejasno” niebo. I zrozumiałem absurd pytań o to, czy "tam” będzie nudno. A jeśli czasem zdarza mi się jeszcze mieć co do tego wątpliwości, wystarczy, że spojrzę na zdjęcie z Wadowic... I przypomnę sobie słowa Pisma: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało (...), jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).
Jakaż nadzieja!
Doświadczenie śmierci Jana Pawła II i oczekiwanie jego rychłej beatyfikacji każe mi na nowo przemyśleć tajemnicę świętych obcowania. Święty to przecież ktoś bliski, kochany, to przyjaciel – a nie postać stojąca wysoko na ołtarzu. Dzielę się z nim moją radością, opowiadam mu o problemach i zwierzam się z lęków – a nie tylko płacę trybut należnej modlitwy. Ze świętym mogę sobie zatem... pogawędzić. Także o kremówkach. I o tym, że boję się śmierci. Tak, dzięki Janowi Pawłowi II zaczynam odkrywać świętych: przyjaciół, których proszę o pomoc i modlitwę. Opowiadał mi znajomy, jak na śmierć Ojca Świętego zareagowała jego starsza, mocno schorowana ciocia. Napierw pojawiło się w niej uczucie osierocenia, które wkrótce jednak zamieniło się w... radość. "Teraz – powiedziała owa pani – kiedy będę miała problemy z chodzeniem, poproszę go o pomoc. I już nie będę musiała jechać do Rzymu i starać się o audiencję!”
W tamtym machnięciu ręką na rynku w Wadowicach, 16 czerwca 1999 roku, dostrzegam również jakąś rezygnację. I zgodę – na to, że nie jest już panem samego siebie. Tak jak mówi o tym Ewangelia, którą często w ostatnich latach przywoływał Papież: "Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, (...) inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18).
To była zgoda na ogołocenie.
Sześć lat później, w Niedzielę Wielkanocną, 27 marca 2005 roku, Jan Paweł II stanął w oknie Pałacu Apostolskiego, żeby udzielić zgromadzonym błogosławieństwa Urbi et orbi. Uczynił to w milczeniu, bo – pomimo prób (podejmowanych z ogromnym wysiłkiem) – nie udało mu się wypowiedzieć ani słowa. Kilkakrotnie uderzył przy tym ręką w poręcz fotela – czuł się taki bezsilny. Wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać. A my patrzyliśmy na to jego cierpienie... I wydawało się nam, że – choć to Wielkanoc – znaleźliśmy się z powrotem w Ogrójcu.
Wtedy również wychynęła ku nam jeszcze inna twarz życia wewnętrznego – i czuliśmy, że tu idzie o najpoważniejszą rzecz na świecie: o śmierć. I o życie.
A potem był pogrzeb. I homilia kardynała Ratzingera, który powiedział: "Możemy być pewni, że nasz umiłowany Papież stoi obecnie w oknie w domu Ojca, spogląda na nas i nam błogosławi”.
Zdawało mi się nawet, że go widzę. Uśmiechał się: jak wtedy w Wadowicach.
FRAGMENT:
Machnięcie ręką
16 czerwca 1999 roku – dzień po chorobie, z powodu której zastanawiano się nawet nad przerwaniem pielgrzymki do Polski – Jan Paweł II odwiedził rodzinne Wadowice. Była to wizyta inna niż pozostałe. Na chwilę zapomniano o kolejnych punktach programu, a Ojciec Święty snuł wzruszającą opowieść o swojej "małej ojczyźnie”: o ludziach, których tu spotkał, o przyrodzie i o kulturze... O tym, co go ukształtowało. Był wtedy – widzieliśmy to na własne oczy – naprawdę szczęśliwy. A nam "serca pałały” – i rodziła się między nami jakaś nowa więź... I zaczynaliśmy, być może, pojmować, co miał na myśli biblijny autor, kiedy pisał o dniach stworzenia: "I widział Bóg, że było dobre...”.
Ale czas gonił i ludzie odpowiedzialni za harmonogram pielgrzymki usiłowali przerwać ów serdeczny dialog Ojca z mieszkańcami Wadowic i z nami wszystkimi. Tak jakby nie do końca rozumieli, o czym on mówi. Jakby myśleli: "To przecież nic ważnego! Ot, takie wspominki starszego człowieka. A tu czekają rzeczy naprawdę ważne! Na przykład koronacja obrazu...”.
Nigdy nie zapomnę tamtego machnięcia ręką, kiedy jeden z księży przerwał w końcu Papieżowi, żeby kontynuować celebrę. W tym momencie – jestem o tym przekonany – byliśmy świadkami zderzenia dwóch różnych modeli religijności. W jednym z nich chrześcijaństwo oznacza moje "dzisiaj” ("tu i teraz”), o którym mówię Bogu i w którym towarzyszy mi Chrystus; w drugim – chodzi przede wszystkim o rytuał.
Wtedy, w Wadowicach, na chwilę ukazała się nam inna twarz życia wewnętrznego, zbyt często kojarzonego z nudą takich czy innych nabożeństw. Była to twarz szczęśliwego człowieka, który kocha ludzi i świat i kocha życie w jego konkrecie. W tym momencie ujrzałem "jakby w zwierciadle, niejasno” niebo. I zrozumiałem absurd pytań o to, czy "tam” będzie nudno. A jeśli czasem zdarza mi się jeszcze mieć co do tego wątpliwości, wystarczy, że spojrzę na zdjęcie z Wadowic... I przypomnę sobie słowa Pisma: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało (...), jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9).
Jakaż nadzieja!
Doświadczenie śmierci Jana Pawła II i oczekiwanie jego rychłej beatyfikacji każe mi na nowo przemyśleć tajemnicę świętych obcowania. Święty to przecież ktoś bliski, kochany, to przyjaciel – a nie postać stojąca wysoko na ołtarzu. Dzielę się z nim moją radością, opowiadam mu o problemach i zwierzam się z lęków – a nie tylko płacę trybut należnej modlitwy. Ze świętym mogę sobie zatem... pogawędzić. Także o kremówkach. I o tym, że boję się śmierci. Tak, dzięki Janowi Pawłowi II zaczynam odkrywać świętych: przyjaciół, których proszę o pomoc i modlitwę. Opowiadał mi znajomy, jak na śmierć Ojca Świętego zareagowała jego starsza, mocno schorowana ciocia. Napierw pojawiło się w niej uczucie osierocenia, które wkrótce jednak zamieniło się w... radość. "Teraz – powiedziała owa pani – kiedy będę miała problemy z chodzeniem, poproszę go o pomoc. I już nie będę musiała jechać do Rzymu i starać się o audiencję!”
W tamtym machnięciu ręką na rynku w Wadowicach, 16 czerwca 1999 roku, dostrzegam również jakąś rezygnację. I zgodę – na to, że nie jest już panem samego siebie. Tak jak mówi o tym Ewangelia, którą często w ostatnich latach przywoływał Papież: "Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, (...) inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21, 18).
To była zgoda na ogołocenie.
Sześć lat później, w Niedzielę Wielkanocną, 27 marca 2005 roku, Jan Paweł II stanął w oknie Pałacu Apostolskiego, żeby udzielić zgromadzonym błogosławieństwa Urbi et orbi. Uczynił to w milczeniu, bo – pomimo prób (podejmowanych z ogromnym wysiłkiem) – nie udało mu się wypowiedzieć ani słowa. Kilkakrotnie uderzył przy tym ręką w poręcz fotela – czuł się taki bezsilny. Wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłakać. A my patrzyliśmy na to jego cierpienie... I wydawało się nam, że – choć to Wielkanoc – znaleźliśmy się z powrotem w Ogrójcu.
Wtedy również wychynęła ku nam jeszcze inna twarz życia wewnętrznego – i czuliśmy, że tu idzie o najpoważniejszą rzecz na świecie: o śmierć. I o życie.
A potem był pogrzeb. I homilia kardynała Ratzingera, który powiedział: "Możemy być pewni, że nasz umiłowany Papież stoi obecnie w oknie w domu Ojca, spogląda na nas i nam błogosławi”.
Zdawało mi się nawet, że go widzę. Uśmiechał się: jak wtedy w Wadowicach.
Zobacz również:
Janusz Poniewierski
Kwiatki św. Jana Pawła II
22.34 zł
Janusz Poniewierski
Ewangelia dzieciństwa. Komentarz Jana Pawła II
23.02 zł
Janusz Poniewierski
Pascha z błogosławionym Janem Pawłem II
12.21 zł
Janusz Poniewierski
Proroctwo. Dekalog wg bł. Jana Pawła II. Przestrogi dla Polski i świata
Wojciech Bonowicz, Janusz Poniewierski (red.)
Droga Krzyżowa i droga światła z Janem Pawłem II
Szybka wysyłka
Darmowo wysyłka od 200 zł
Gwarancja zwrotu
Pomoc telefoniczna
od poniedziałku do piątku w godz. 8-16
Bezpieczna płatność
za pośrednictwem Przelewy24
